wtorek, 27 sierpnia 2024

Kochaj i tańcz (2009)


Widziałam ten film lata temu i gdy próbowałam sobie przypomnieć, o czym był, do głowy przyszedł mi obraz elegancko ubranej kobiety i pracującego na budowie faceta – zaraz pomyślałam, że „Kochaj i tańcz” to była taka „Uptown girl”. Możecie sobie wyobrazić, jak mnie rozbawiło, że właśnie od tej piosenki zaczyna się film.

Nasza uptown girl, Hania, przygotowuje się do ślubu i właśnie dostała nową pracę, w ramach której musi napisać artykuł o powrocie do Polski wybitnego choreografa Jana Kettlera, chociaż sama tańca na nie znosi. Taniec uwielbia za to downtown man, Wojtek – budowlaniec pracujący w firmie ojca, a po godzinach zapalony tancerz, aktualnie przygotowujący się do castingu organizowanego przez, zgadliście, Jana Kettlera.

Już na początku filmu dowiadujemy się, że Kettler jest ojcem Hani. Matka wyjawia bohaterce prawdę i opowiada, że jeszcze przez lata po jej narodzinach utrzymywała z nim kontakt. Wysyłała mu zdjęcia córki, a on dawał znać o przebiegu swojej kariery w Nowym Jorku. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego w takiej sytuacji matka trzymała postać ojca w tajemnicy przed Hanią. Fakt, nie odwiedził rodziny ani razu i konkursu na ojca roku raczej by nie wygrał, ale dlaczego choćby nie pokazać córce jego zdjęcia i listów z Ameryki? Może miałoby to jakieś uzasadnienie fabularne, gdyby widzowie mieli dowiedzieć się prawdy w finale filmu, ale skoro i tak uzyskujemy tę informację w jednej z pierwszych scen, to czemu rozegrano to w rodzący tak wiele pytań sposób?

W trakcie występu Wojtka Kettler mówi COŚ asystentce (nie wiem co, bo jakość nagrania dialogów pozostawia wiele do życzenia), po czym wstaje i wychodzi. To motywuje Wojtka, by w tańcu pokazać wkurzenie i przeskoczyć po krzesełkach przez publiczność, skupiając na sobie uwagę choreografa. Być może taki efekt chciał uzyskać Kettler, może nie podobał mu się występ Wojtka, a może chciał iść po kawę. Nie wiem, pięć razu przewijałam tę kwestię dialogową, ale to nic nie dało.

Hania i Wojtek wpadli na siebie kilka razy, ale ich znajomość na dobre zaczyna się przez to, że Hania założyła kłódkę na swój rower tak, że unieruchomiła także pojazd Wojtka. Bohaterowie spacerują razem z rowerami i rozmawiają o tańcu, po czym Wojtek zaprasza Hanię do siebie na oglądanie starego nagrania z występem Kettlera. W mieszkaniu Wojtka pełno jest seks-lalek, plakatów i figurek prezentujących pozycje z „Kamasutry” oraz podobnych bibelotów, jak twierdzi Wojtek należących do jego współlokatora. Na miejscu Hani bym zwiała, nie zważając na deszcz, ale bohaterka zostaje, by nad talerzem spaghetti słuchać o geniuszu Kettlera.

Kolejna kwestia rodząca wiele pytań to relacja Hani i jej narzeczonego. Hania chciałaby uprawiać z nim seks (czy raczej, jak sądzę, po prostu chciałaby uprawiać seks, a z narzeczonym i tak śpi w jednym łóżku), ale ten odmawia, ponieważ przysięgali przed księdzem, że rozpoczną współżycie dopiero po ślubie, przez co bohaterka czuje, że wcale go nie pociąga. Dlaczego Hania bierze z nim ślub, skoro wcale nie pasuje jej życie w przywiązaniu do religijnych zasad narzeczonego? Przecież to nie jest coś, czego dowiedziała się nagle. Dlaczego oni w ogóle są w związku, skoro na ekranie widzimy, że traktują się w jak obcy ludzie?

Mogę sobie dopisać jakąś historię, że wychowana bez ojca Hania szukała stabilnej relacji i z tego powodu religijny facet wydał jej się dobrym wyborem, ale nic w filmie tego nie sugeruje. Narzeczony jest, jaki jest, bo ma być lamerem, na tle którego Wojtek wypadnie bardziej atrakcyjnie i tyle. Jeszcze ponarzekam, że mamy zdaje się uważać, że narzeczony Hani jest nieatrakcyjnym, niemęskim nudziarzem, bo jest dentystą i kocha swojego pieska, jakby lekarz kochający psy nie był wymarzonym mężem tysięcy kobiet.

Wojtek przechodzi do kolejnego etapu eliminacji do europejskich mistrzostw tanecznych prowadzonych przez Kettlera, a Hania pisze artykuł o całym procesie, więc sporo się teraz widują i niewyżyta seksualnie Hania ma okazję obserwować taniec solo półnagiego Wojtka oraz jego pełne pasji wygibasy z partnerką taneczną, która jest na Wojtka napalona co najmniej tak samo jak Hania.

Częścią seksualnego przebudzenia Hani jest zmiana stylu. Dotychczas ubierała się w business casual, teraz wybrała się do sklepu lokowanej w sklepie marki i kupiła jakieś zwykłe ciuchy z 2009 roku, ach, do tego rozpuściła włosy i oczywiście od tego momentu nie widzimy już jej w okularach. Często takie sceny transformacji są w jakiś sposób narzucane bohaterkom, dlatego całkiem spoko, że w tym przypadku Hania sama z siebie stwierdziła, że chce spróbować czegoś nowego, nawet jeśli po raz tysięczny widzimy na ekranie nadawanie okularom kulturalnego znaczenia, którego nie powinno się przypisywać żadnej pomocy medycznej.

Na nieszczęście tanecznej partnerki Wojtka tancerz-budowlaniec przestaje zjawiać się na próbach, bo jego ojciec (od początku archetypicznie przeciwny artystycznym ambicjom syna) łamie nogę i teraz już Wojtek nie ma jak urywać się z budowy, musi porzucić taniec. Hania podpowiada mu, by po godzinach nauczył się układów, które przegapił, i wrócił do gry. Tanga oczywiście nie zatańczy sam, ale od czego jest Hania. Zamiast jednej sceny wspólnego tańca dostajemy montaż, z którego dowiadujemy się, że taniec stał się częścią życia Hani na dobre. Widzimy, jak z radością prasuje, wykonując taneczne ruchy, i jak pląsa, chodząc po mieście. Poza tym zaczyna ubierać się w odkrywające więcej skóry ciuchy, bo czuje się bardziej pewna swojego ciała.

Żebyśmy mieli na co popatrzeć, Hania nierealistycznie szybko uczy się dobrze tańczyć. Ma to związek z wizją tańca, którą prezentuje nam film: taniec to wyzwolenie emocji. Bohaterka się wyzwala, więc dobrze tańczy. Tylko że… no nie wiem. Jak w każdej dziedzinie sztuki bez umiejętności technicznych raczej wiele się nie osiągnie, takie przedstawianie tańca wydaje mi się nie fair wobec ludzi, którzy poświęcili lata życia na ćwiczenia. No nic, czepiam się filmu tanecznego o to, że ludzie w nim dobrze tańczą. Uwierzmy po prostu, że Hania miała odziedziczony po ojcu wielki uśpiony talent, którego nie odkryła przez całe życie.

Problemy naszej pary zaczynają się, gdy Hania nie może już dłużej udawać, że nie ma narzeczonego. Gdy Wojtek dowiaduje się, że Hania jest zaręczona, dosłownie spada z rowerka, po czym idzie smutno patrzeć na pojazdy szynowe i mima na peronie. Przez to wszystko zaczyna gorzej tańczyć, aż naprawdę się wkurza i wtedy znów mu wychodzi i koniec końców to on i jego partnerka zostają wybrani na reprezentantów Polski w mistrzostwach.

Hani udaje się przeprowadzić wywiad z Kettlerem, podczas którego szarlotka niczym Proustowska magdalenka przypomina choreografowi o dawnej narzeczonej, której porzucenie ewidentnie jawi mu się dziś jako błąd, ponadto w jednej z kolejnych scen Hania znajduje w jego gabinecie swoje zdjęcie z dzieciństwa. Bohaterka już chce mu powiedzieć, że jest jego córką, i włączyć go do swojego życia, kiedy partnerka taneczna Wojtka mdleje z powodu przedawkowania jakichś prochów i Wojtek nie ma już szans na mistrzostwo – na zawody ma jechać inna para. To sprawia, że Hania stwierdza, że Kettler nie ma serca i zaczyna mu to publicznie wyrzucać. Mówi mu, że poświęca uczucia ludzi, tak jak poświęcił ją i jej mamę, po czym odjeżdża autobusem.

Po słowach Hani Kettler doznaje nawrócenia i następnego dnia (przynajmniej wydaje mi się, że następnego) jedzie po Wojtka do jego rodzinnego domu. Swoją drogą gdzie on mieszka: z ojcem w domu czy ze współlokatorami w mieszkaniu? Wojtek weźmie udział w mistrzostwach, tylko z inną partnerką. Nasza główna para umawia się na spotkanie, ale nie rozmawia, tylko tańczy, bo jakby porozmawiali, to jeszcze Hania wcześniej odwołałaby ślub i nie byłoby dramatycznego zakończenia, a do tego dopuścić nie można.

Mistrzostwa i ślub odbywają się tego samego dnia, w tym dniu ukazuje się również artykuł Hani obnażający Kettlera jako bezdusznego tyrana. Hania za namową matki w ostatniej chwili zamiast iść na ślub… eee… spaceruje w sukni ślubnej przez pole, a w tym samym czasie Kettler informuje Wojtka, do którego kościoła ma biec, niestety kosztem udziału w finale konkursu. Wojtek zjawia się przed kościołem na czas, by spotkać Hanię na polu. Taksówka przywozi pod kościół ekipę z konkursu tanecznego i w miejsce wesela nasi bohaterowie robią sobie imprezę na dachu, na którym Wojtek trenował taniec, zanim zaczęła się ta cała heca z konkursem. Jak na to reaguje niedoszły pan młody? Nie mamy pojęcia, jego uczucia tego filmu nie obchodzą.

Zakończenie przynosi kolejne pytania. Kto zapłaci za to wesele, co się nie odbyło? Naprawdę nie można było odwołać ślubu wcześniej? Od początku filmu Hania wyraźnie nie chciała go brać. Dałoby się pogodzić zejście się głównych bohaterów i zwycięstwo Wojtka w mistrzostwach, nie musiałby się go wyrzekać. Wojtek unika błędu Kettlera, który wyrzekł się miłości dla kariery, ale ja zostałam z poczuciem, że szkoda mi tego chłopaka, który miał szansę na ogromny krok naprzód w swojej wymarzonej karierze, a zamiast tego dostał dziewczynę, która nie odwołała ślubu, bo zamiast się odezwać wolała potańczyć.

Scenariusz robi wrażenie bardzo niedopracowanego. Konflikt zbudowany jest na siłę, relacja Hani zarówno z ojcem, jak i z narzeczonym jest napisana w sposób, którego zupełnie nie kupuję, do tego fabułę pchają niezwykle przypadkowe przypadki, jak przedawkowanie tancerki czy sam fakt, że Hania dostała za zadanie napisanie artykułu akurat o swoim ojcu. Jest w filmie sporo scen, które wywołują uniesienie brwi, mam tu na myśli na przykład zobrazowanie smutku Wojtka postacią mima, spacer Hani przez pole i chyba najbardziej niezamierzenie śmieszny moment filmu, czyli taniec zamiast rozmowy. Postaci są kliszowe, a w przypadku dajmy na to narzeczonego Hani aż do bólu papierowe.

Pomijając to wszystko, emancypację seksualno-emocjonalną Hani śledzić można z zainteresowaniem, Wojtek jest sympatycznym facetem i nawet da się tej parze kibicować w przeskakiwaniu kłód rzucanych jej pod nogi przez scenariusz, bo jest jasne, że ci dwoje chcą być razem. Poza tym film ma dużo ładnych ujęć i można sobie popatrzeć na taniec – tyle zalet wystarcza, bym mogła powiedzieć, że nie jest to jakiś koszmarnie zły film. Nie żeby był dobry, ale da się go obejrzeć, czerpiąc z seansu rozrywkę, a po obejrzeniu „Planety singli” dla mnie to już dużo.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz